1 Czerwca – Dzień Dziecka. Jak co roku tak i dzisiaj, to doskonała okazja aby powspominać stare dobre czasy beztroski i dziecięcego luzu. Praktycznie niczym oprócz uwagi w dzienniczku ucznia nie trzeba było się przejmować, więc i czasu na granie było zdecydowanie więcej niż teraz. Oj tak, grało się grało… W zasadzie w tytule tego wpisu do piątku po słowie „TOP” mógłbym spokojnie dodać z dwa zera, zdecydowalem jednak, że w tym zestawieniu ujmę tylko te najlepiej zapamiętane przeze mnie produkcje, takie które również w pewien sposób ukształtowały mój growy gust. A zatem…
more

River Raid

Założenia były banalnie proste – lecimy samolotem nad rzeką, strzelamy do wszystkiego co się rusza i przy okazji dbamy o to, aby nie zabrakło nam paliwa. Wszystko. Jednak geniusz tej produkcji jest zaszyty właśnie w jej prostocie. Podobnie jak kiedyś Tetris, Lumines, jakiś czas temu Flappy Bird i kilka innych na pierwszy rzut oka popierdółkowatych gier, tak i ta wciągała jak bagno na długie godziny. Co ciekawe, River Raid nie posiadał trybu multiplayer a mimo to najlepiej sprawdzał się właśnie jako swoiste party games – każda osoba miała jedną próbę, gdy statek się rozwalił przekazywało się joya kolejnemu chętnemu. Kto przeleciał najdłuższy dystans zostawał bossem na dzielni. Piękne czasy…

Doom

Gra legenda z którą spędziłem ogromną ilość godzin, błąkając się po korytarzach, szukając sekretów i drogi ucieczki w każdym poziomie. Myślę że nie ma sensu się nad Doomem rozwodzić, bo prawdopodobnie każdy szanujący się gracz chociaż raz miał z nim styczność. Gra która wbiła mi się głęboko w pamięć i sprawiła że do dzisiaj uwielbiam wszelkiej maści FPSy.

Road Rash

Choćbym nie wiem jak się wytężał, to nie mogę sobie przypomnieć lepszej gry traktującej o wyścigach motocyklowych w które grałem. Owszem Road Rash był trochę odjechany, zwariowany i może dla nie których za bardzo arcadowy, ale dla mnie to było jego główną siłą przetargową. Bezpośrednia walka na torze i pozbawienie przeciwnika szans na zwycięztwo naprawdę jarało (co zresztą kilkanaście lat później pokazał Burnout). Chętnie zagrałbym w nową część tej serii, bo takich gier mi dzisiaj bardzo brakuje.

Indiana Jones and the Fate of Atlantis

W zasadzie nie wiem dlaczego ten tytuł znalazł się w tym zestawieniu. Nienawidzę przygodówek point & click i tak naprawdę to Indiana Jones and the Fate of Atlantis jest jedyną grą tego typu którą ukończyłem od A do Z. Hmm… A! Już wiem dlaczego. To dzięki niej nauczyłem się angielskiego! Nie no, może przesadzam, ale prawda jest taka że bez słownika obyć się niestety nie mogłem, więc aby poznać (swoją drogą naprawdę fajną) fabułę i zrozumieć wszystkie suche żarty Indiany praktycznie każde słowo musiałem tłumaczyć sobie „ręcznie”. I choć dzisiaj jak już pisałem nienawidzę przygodówek tego typu, tak do Indiana Jonesa wracam zawsze z miłą chęcią. Ostatni raz miałem z nią styczność na Wii dzięki Indiana Jones and the Staff of Kings, gdzie Fate the Atlantis jest bonusową zawartością.

MegaRace 2

Tytuł o którym dzisiaj nie pamięta prawie nikt, a który ja wspominam z wielkim sentymentem. MegaRace 2 kopał zadek pod względem oprawy graficznej, ruchomej kamery, odjechanych tras i humoru zawartego w przerywnikach filmowych. Jeśli miałbym tę grę do czegoś przyrównać, to byłby to Wipeout tyle że na czterech kółkach. Jak nie jestem fanem wszelkiej maści remasterów, tak odświeżoną wersję MegaRace 2 łyknąłbym bez popity w dniu premiery. Jak to się kiedyś mówiło – sam miód.

PODZIEL SIĘ
Następny artykułRak ósmej generacji konsol